Scott Pilgrim Vs. The World – the game

25 08 2010

[wódo-różowy] Jeśli interesuje Cię tylko recenzja gry Scott Pilgrim Vs. The World i chcesz ominąc wszystkie fajne anegdoty i komentarze przejdź od razu do levelu 4. [szczuro-niebieski] Ale stracisz wtedy linki do dwóch doskonałych trailerów ;) Natomiast jeśli chcesz uniknąć czytania o szczególach designu leveli i przeciwników w samej grze, omiń dużą część lev 4-6.

Level 1 – zawiązanie akcji.

Kolega E$ wysłał do pozostałych redaktorów nieregularnika o tematyce różnej  ’Nerdpunk’ oraz gościa specjalnego tego odcinka – Garnka, maila. Proponował w nim intelektualną rozrywkę, która miała skonfrontować nas z tematyką miłości, trudnych wyborów i wątpliwości wieku dojrzewania. Wszystko to w oprawie, pozwolę sobie zacytować “wkurzającej elektronicznej muzyczki, grafiki sprzed 15 lat i napieprzania jak na automatach”. Dołączył taki oto link:

W ogóle trailer wklepał mnie w fotel – doskonałe oddanie old-schoolowego klimatu, mnóstwo humoru no i pomysł. Wiedziałem, że muszę w to zagrać. Oczywiście w genialnie chaotycznym trybie co-op na 4 osoby. Żeby nie ułatwiać sobie zabawy nie przeglądałem niczego co dotyczy gry,  za to dzięki Erpegisowi dowiedziałem się o filmie (link na levelu 2 – polecam), który w zapadłej dziurze jaką jest Polska ma być dopiero w listopadzie (i tak nie mogę się nadziwić, że ma być). Tak więc jest to kolejna pozycja obowiązkowa.

Level 2 – Scott Pilgrim jako przejaw popkultury [czyli gry video rządzą]

Najpierw był komiks (wiadomo, wszystko co dobre zawsze zaczyna się od komiksu). Teraz – gra i film. Mógłbym pisać o łączeniu gatunków, przemycaniu odwołań itd. Potem o okolicznościach i postaciach, ale  wystarczy, że pokaże kolejny trailer.

Level 3 – przygotowania [czyli nic nas nie powstrzyma]

Plan był prosty. Zarezerwować niedzielne popołudnie, ściągnąć grę [36 zł na ps store], załatwić pizze, colę i 4 pady do ps3.

pilot

Tak - takim pilotem!

Problemem okazały się tylko te kontrolery, które miały dać nam możliwość wypróbowania czteroosobowego trybu co-op. Ja z E$em, jako szczęśliwi posiadacze najlepszej konsoli świata zapewniliśmy 2, pozostałe zobowiązał się pożyczyć Garnek. Niestety – jeden z nich okazał się zepsuty (choć Garnek nie mógł się z tym pogodzić – jakaś godzina zeszła na różnego rodzaju akcje reanimacyjne pada przyprowadzane profesjonalnie [znaczy - włącz/wyłącz, nakrzycz na pada, udaj że na niego nie patrzysz, włącz go znowu, zwymyślaj go że nie działa, wypowiedź groźbę ze śrubokrętem w roli głównej] przez Garnka i mniej profesjonalnie [podłącz laptopa, wyszukaj przyczyny problemów na necie, podłącz pada do laptora, załam ręce] przez e$a – bez rezultatów. (Był też pomysł włożenia go do lodówki) Z PCtem nie byłoby takich problemów :P ) Co zrobić? Gra w 3 to nie to samo, nawet w trybie wymiennym dla 4 osób. Nie ma już od kogo pożyczyć. Padł pomysł – jedźmy do jakiegoś sklepu kupić zamiennik/podróbę. Dopiero w drugim z wielkich marketów agd/rtv znaleźliśmy pada firmy TAMA – “compatibile with ps3″ za 50 zł. Niestety wynalazek okazał się kompatybilny z ps3, ale nie z grami na ps3. Jedyne co można było zrobić przy jego pomocy to poruszać się po ps3 menu głównym. Porażka. Spadek morale. Dół. Wtedy E$ uratował sytuacje krzycząc – Wóda masz przecież oryginalnego pilota do ps3, spróbujmy czy zadziała. Zadziałał. Tak – można przejść grę używając pilota [o ile nie wymaga używania prawej gałki]. Tak – (prawie) przeszliśmy Scotta Pilgrima na 3 pady i pilota! Tak – żądamy specjalnego trofeum. Ale trofeum uważam, że nam się należy i tak – bo było hardcore’owo.

Chwila z Adobe PS i mamy własne trofeum.

Grę przechodziliśmy na 4, zmieniając się co credita (to wtedy, kiedy giniemy i pojawia się napis “Continue: Yes / No” ;) ) pilotem, czasem też postaciami – w efekcie udało mi się zagrać wszystkimi, choć najwięcej Scottem i Stillsem, Wóda generalnie pomykał Ramoną, Garnek najwięcej Stillsem, e$ zaś Scottem i Ramoną. Każdy równo długo męczył się na Kim, która pomimo że jest fajna, to miała sterowanie przypisane do pilota.

Jeszcze słówko o graniu na pilocie. Brak biegania – masakra. Ułożenie przycisków utrudniające ciosy i bloki na raz – do wytrzymania. ‘Puste’ przyciski pomiędzy ruchem a ciosami specjalnymi – umiarkowanie upierdliwe. Skok przypisany do przycisku pomiędzy strzałkami, który wciskany był czasem w ferworze walki – cóż, powiedzmy tylko tyle, że przyprawił parę osób o śmierć i sprawił, że trochę bluzgów szło na osobę mającą akurat w rękach pilota.

Levele 4 – 5 gameplay [czyli prawie recenzja]

Scott Pilgrim Vs. The World zabrał nas w piękny świat gier sprzed lat. I zbombardował mnóstwem świetnych pomysłów. Recenzenci zachodnich portali często pisali, że na 4 graczy to czysty chaos. Nieprawda, na 4 to czysta zabawa!

Po tym lekko lakonicznym oświadczeniu Wódy ja napiszę trochę treściwiej. Choć generalnie wszystko powyżej jest jak najbardziej prawdziwe.

Scott Pilgrim Vs. The World to naprawdę przyjemnie zrobiona scrollowana platformówko-napierdalanka z prostą (ale spoko) fabułą oraz minimalnymi elementami tego, co teraz w grach nazwane byłoby RPG – rozwojem postaci. Postaci są 4, różnią się od siebie graficznie, ciosem specjalnym oraz wykonywaniem ciosów – bo te generalnie (z jednym niewielkim wyjątkiem dodatkowego ciosu Ramony Flowers) mają takie same dla każdego poziomu rozwoju. Niemniej przyjemniej się patrzy jak Stills jedzie kilkanaście razy z bańki przeciwnikowi, czy jak Kim wykańcza ludzi pałeczkami od perkusji, niż jak Scott zwyczajnie bije przeciwników z piąchy. Pomimo takich samych postaci miałem wrażenie, że Scott z jakiś przyczyn szybciej się leveluje, zaś Garnek odbierał Stillsa jako ‘bardziej ofensywnego’ od Scotta. Ramona z uwagi na specjalny cios młotkiem i drużynowe leczenie wypadała dziwnie – z jednej strony nieźle biła (i czasem przypadkowo rzucała członkami drużyny :/ ), z drugiej konieczność użycia energii na leczenia bardzo ją ograniczała. O Kim trudno coś powiedzieć z uwagi na kontroler, no może poza tym, że e$ uwielbiał uzbrajać ją w ostre przedmioty i strach było podejść w okolicę ;)

Co do ciosów to generalnie chłopcy mają dwa ofensywne specjale – obszarówki różnego typu – młynek i ‘zionięcie’ (choć druga Stillsa jest moim zdaniem mało efektywna), dziewczęta zaś obszarówkę (młynek) oraz leczenie – z tym że Ramona leczy całą drużynę, Kim zaś siebie. Wszystkie ciosy wypadają bardzo ładnie, zarówno zwykłe jak i specjalne.

Można również demolować niektóre umieszczone na planszy przedmioty, jak i podnosić upuszczoną przez wrogów lub po prostu leżącą broń – od mieczy ninja, poprzez kije (hokejowe i bejsbolowe), piłki (masakrycznie dobre jak się nimi celnie rzuca), beczki z piwem aż do szczotek, doniczek z kwiatkami czy plastikowych kubeczków jednorazowych. Ich efektywność jest różna, najlepsze bronie podnoszą znacząco zasięg i zadawane obrażenia, najgorsze mają raczej walor komiczny niż bojowy. Są również dwie wady broni – po pierwsze używając ich nie można blokować ani wyprowadzać specjalnych ciosów (więc na wyższych levelach ich przydatność jest niższa), po drugie – rzucając nimi można zranić swoich.

To ostatnie pozwala również na exploita pewnego rodzaju, którego używaliśmy żeby podnieść swoje szanse na przejście – po pokonaniu przeciwników warto ‘dobić’ bohaterów, którzy mają bardzo mało HPków, po czym reanimować ich na znośnym poziomie zdrowia. Można to załatwić spadając do jakiejś dziury lub na kolce, ale najprościej (i zawsze działa) jest rzucać w postać przedmiotami aż padnie. Nie wiem czy to zamierzone, ale wypadało komicznie. I czasem było niezbędne do przejścia gry ;)

Eleganckim rozwiązaniem było użycie mechanizmu rzucania przedmiotami do otwierania kluczami drzwi – tak właśnie powinno się wykorzystywać w grach istniejące rozwiązania.

Fajnie zrealizowanym mechanizmem w co-opie jest również reanimacja – jak ktoś dostanie i zejdzie (na 4 osoby zdarza się to często) to ma 10 sekund zanim wyzionie ducha. Jeśli ktoś podbiegnie i zacznie go klepać po twarzy to licznik się zatrzymuje i po jakiś 4-5 sekundach takiego ratowania postać wstaje z 70 HPkami (na jakieś 100-130 max). Nie trzeba mówić, że ratujący w tym momencie potrzebuje albo szczęścia (że akurat żaden wróg mu nie przysoli) albo osłony – np. kogoś z gazrurką odpędzającego wrogów. Wychodzi bardzo dobrze, wspiera bardzo mocno granie drużynowe i generuje mnóstwo zabawy oraz okrzyków ‘Umieram’, ‘Ratujcie mnie’, ‘Szybciej kurwa’, ‘Kurwa, czemu mnie nie uratowałeś’.

Wystroje plansz są również porządnie zrealizowane – od ulic Toronto, poprzez koncert, plan filmowy (patent z umieszczaniem bohaterów w kadrze jest naprawdę spoko), wnętrze budynku czy japońskiej świątyni, wnętrze oraz dach kolei (gdzie naparzamy się z ninjami) czy fenomenalną wschodnią knajpę, aż po walkę z wielkim robotem na dachu budynku, cmentarz i laboratorium szalonego naukowca. Przeciwnicy również trzymają poziom – są różnorodni, mają ciekawe ataki i ładnie się prezentują. Ludzie przebrani za smoki na planie filmowym, zombie (które można zabić wrzucając do grobów – kolejny naprawdę dobry mechanizm), złowieszcze kanadyjskie bobry bojowe czy doręczycielki chińszczyzny na wrotkach – te fajne moby zapadły mi najbardziej w pamięć wraz z wkurwiajkami – cholernymi sowami (trudne do zabicia, bezsensownie wkurzające), pułapkami w świątyni oraz źle zrobioną ucieczką po schodach ewakuacyjnych przed wielkim robotem (żywcem ściągniętą z Metal Sluga nota bene).

Każdy z bossów z Ligi Złych Ex-Chłopaków Ramony Flowers jest specyficzny i nawet całkiem mocny – wypracowanie taktyki jak najbardziej się przydaje, choć na najniższym poziomie trudności* wielu da się przejść przy pomocy zajadłości i chaotycznego napieprzania ich. Są również całkiem fajnie przedstawieni, wraz z ich mocami i wyróżniającymi cechami charakterystycznymi (takimi jak bycie Japończykami czy kobietą-ninją ;) ).

co-op

I tak, gra na 4 osoby, jak piszą w każdej recenzji jest ekstremalnie chaotyczna. Trafiasz przedmiotami własnych kumpli albo przypadkiem podnosisz ich i nimi rzucasz we wroga. Czasem nie wiesz gdzie jesteś i czy to czasem nie tobie wrogowie akurat robią ‘kanapkę’ (też bardzo fajny mechanizm gry). Przy dużych walkach nie wiesz kogo właściwie napierdalasz – przynajmniej dopóki nie nauczysz się pozostawać mobilny i atakować specjalami – wtedy da się zachować pewną kontrolę nad planszą. I przez cały czas jest ktoś kogo trzeba ratować, osłaniać albo starać się nie rzucić stołkiem w głowę. Oraz dużo hałasu. Naprawdę zajebista zabawa. Tylko trzeba to lubić, to jak z automatami.

Pomimo bugów (jest ich trochę – zablokowała nam się na ostatnim poziomie winda i zginęliśmy, przy continue dwa razy coś się źle działo ze zdrowiem i życiami [Garnek raz wylądował na starcie na 0 zdrowia i 0 żyć zamiast 100/3], czasem przeciwnicy się blokowali albo nie znikali) to naprawdę dobrze przygotowany produkt i świetna gra. Jak najbardziej polecam.

* – no właśnie, poziom trudności. Nominalnie są trzy – normalny, trudny, bardzo trudny. Kwestia w tym, że stopniowanie zależy też od ilości graczy – na jednego czy dwóch gra jest dużo, dużo prostsza. Tak więc o ile przykładowo finałowy boss na jednego gracza może być całkiem znośny, o tyle z uwagi na specyfikę niedopasowania niektórych elementów gry do większej ilości graczy i danie mu dużo większej ilości HPków (przy nieadekwatnie mniejszych możliwościach ich zabrania – przez to że postaci nie powinny stać w jednym miejscu, więc nie mogą skupić na nim ataków) oraz elementach zręcznościowych gdzie scrollowanie wykańcza duże grupy – jest ekstremalnie trudny. Myślę że dopiero po kilku grach w Scotta Pilgrima kiedy gracze wyrobią sobie taktyki na każdy poziom oraz zgrają się bardzo mocno przy współdziałaniu  gra na 4 osoby może przestać być dużo trudniejsza od na 1-2 osoby.

Level 6 – A/V

[es - czarny] Scott Pilgrim vs. The World jest w całości wykonany w technice pixel art, czyli dokładnie tym, co oglądaliśmy w latach 80/90-tych. Oprawą graficzną zajął się już chyba legendarny Paul Robertson (probertson.livejournal.com).

Animacja prosto z gry. Atak specjalny jednego z bosów.

Muzyka to wynik współpracy ze znana nowojorska kapela z linii chiptune punk – Anamanaguchi, która raczy nas wspaniałą 8-bitową muzyką z przerobionego NESa. Kawałki naprawdę wpadają w ucho i czerpią z tego, co najlepsze w klasycznych soundtrackach

Level 7 – podsumowanie [czyli wszyscy kochają Scotta (a cała reszta Ramonę)]

Skończyliśmy totalnie zmęczeni, ze zdartymi gardłami od krzyczenia ["nie rzucaj we mnie tym stołkiem idioto", "umieram, umieram!", "wow", "na tym pilocie nie da się biegać!"] i bardzo zadowoleni. Pierwsze co zrobiliśmy po wyłączeniu konsoli to połknięcie tabletek na bół głowy. Po jednej dla każdego. I wiecie co? To świetna gra.

morał? cóż – o wszystko co wartościowe na tym świecie trzeba walczyć. Miłość też. 

O pady do konsoli również.

Es stwierdził, że Szczur wyczerpał temat i nic nie będzie pisał. Zrobił nam za to trofeum “Remote Destruction”. O. [Tak, Szczur wyczerpał temat, więc dorzuciłem tylko trzy słowa.]


Działania

Informacja

2 odpowiedzi

31 08 2010
Christof

OMFG! Nowy wpis na Nerdpunku! o_O
Na grę się napaliłem swego czasu i tylko czekam żeby się wprosić z PS3 do kogoś kto ma internet (najpewniej Pietii) i ściągnąć (btw jak fajnie że wymyślili karty prepaidowe do PSN – nie mam kredytówki). Komiks polecam (na blogasku nawet jakąś reckę walnąłem kiedyś) ostatni tom jak poczta polska da radę akurat będę miał na weekend.
A w ogóle to strasznie zazdroszczę wspólnego grania, nie wiem czy się na Blura nie skuszę żeby móc pograć na jednym tv jak za czasów amigi i lotusa :)

25 09 2010
Vojtas

Dobry tekst.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.