Ninja burger albo śmierć. W 30 minut.

3 01 2009

Ta notka nie tylko inauguruje naszego nowego bloga (nasze stare, wciąż aktualne blogi znajdziecie na zakładce obok – musicie sprawdzić. Serio, musicie), ale również otwiera pierwszy, duży cykl na nerdpunk.wordpress.com. RPG w 30 minut. Ta notka pewnie nie zdaje sobie sprawy jak wielka ciąży na niej odpowiedzialność, ale do rzeczy. Recenzje to sprawa z definicji subiektywna. A my jesteśmy super kompetentni. W końcu łącznie mamy ponad 40 lat erpegowego doświadczenia. Do tego cechuje nas niespotykana skromność. OK. – założenia: żaden system rpg nie wymaga więcej niż pół godziny czasu. Na to, żeby go ocenić. Poznać. Przygotować do zagrania. W niego. Dlatego będą się tu pojawiać z gruntu złe, złośliwe, politycznie niepoprawne, a czasem nawet wulgarne oceny (to się nazywa PR, normalne też będą).


z ninjaburger.com

z ninjaburger.com

 

 Ninja Burger

Tło: Pierwsza edycja Ninja burger rpg została wydania w 2001. Miała nieco ponad trzydzieści stron i można ją nazwać „Indie” (Ale na ten temat niech się lepiej wypowie nasz „autor Indie” – E$). 2001, czyli prawie dekada po „Zamieci” Neal Stephensona. Tej (pseudo) post-cyberpunkowej (pseudo) powieści (zgadliście – nie podobała mi się), której głównym bohaterem jest „dostarczycielator” pizzy. Pizze jak wiadomo należy dostarczyć w 30 minut. Przynajmniej w USA. To podstawa amerykańskiego stylu życia. Amerykańskich wartości. Amerykańskiego snu. W przeciwnym razie klient dostaje milionowe odszkodowania. I darmowy placek. Dlatego żarcia nie rozwozi byle frajer na czerwonym skuterku. To robota dla największych twardzieli.

Zaczynajmy: Autorzy Ninja burgera wyszli z tego samego założenia. A znacie wiekszych twardzieli niż ninja? Bardziej cool twardzieli? Żeby więc rozpocząć rok 2009 z należnym wykopem usiedliśmy pierwszego stycznia wieczorem, w naszym nerdpunkowym gronie, zamówiliśmy pizze (Pani chyba nie słyszała o amerykańskim śnie. Ani o Stephensonie. Ani o morderczych ninjach. Powiedziała bowiem, że dostawca odwiedzi nas za półtorej do dwóch godzin) i stworzyliśmy postaci.

O co chodzi: Jesteś ninja. Jesteś cool. Masz super wdzianko, a Twój ulubiony kolor to czarny. Twoja praca to rozwożenie burgerów. Nie byle jakich – Ninja burgerów. Dostarczysz jedzenie w każde miejsce na świecie. W 30 minut. Mam na myśli naprawdę każde miejsce. Stefa 51? Drapacz chmur opanowany przez terrorystów? Porwany tankowiec u wybrzeży Somalii? Żaden problem. W 30 minut. Ciepłe, pyszne hamburgery, french fries of our ancestors, samurai chicken sandwich i cola. Jeśli nie zdążysz w pół godziny, popełniasz seppuku. Proste?

Dlaczego wcale nie takie proste: bo konkurencja nie śpi. Samurai burger. Otaku Bell. Lo Cal.  I wiele innych.

Jak to działa: mechanika jest prosta. 4 statsy, używamy samych k6. Plus mnóstwo głupich (a czasem zabawnych) zasad dodatkowych. Jak gracz wyrzuci dwie jedynki to nie może się odezwać.  Kiedy narazi swój honor, wykonuje test,a gdy go oblewa ucina sobie palec. Twój poziom honoru równa się liczbie Twoich palcy. Logiczne więc, że bronie dwuręczne wymagają honuru powyżej 7. Na deser magia – kilka zaklęc do których rzucenia gracz musi wykonać “hand kata”.

Teraz wypowie się nasz spec o mechaniki – Szczur. Będzie się wypowiadał w kolorze niebieskim. Bo tak.

Jak wygląda zagranie w Ninja Burgera w praktyce? Jeśli by the book to wypadałoby mieć figurki, koniecznie trzeba mieć mapy pomieszczeń, testy często nie mają specjalnego sensu (rzut k6 lub 2k6 poniżej 13 i te sprawy), walka jest długa i dość mało ciekawa (albo jeśli mamy miecz lub yari to krótka i śmiertelna). Ogólnie nuuuuuuda. Do tego klasycznie jak na cholerne indie autorzy nie zajęli się napisaniem części rzeczy z sensem ani ich dopracowaniem, nawet pobieżna lektura wystarczyła do stwierdzenia, że wiele rzeczy trzeba samemu klaryfikować, wymyślać od nowa albo całkiem zmienić.

Największym niepowodzeniem zasad był honor. Masz 10 paluchów. Masz 10 honoru. Jak robisz coś niehonorowego (cokolwiek) to rzucasz 2k6 i jeśli wyrzucisz powyżej honoru to tracisz palucha, honor i rzucasz w tabelkę, która może zmusić cię do napisania haiku (zdarzyło mi się) lub zostania trafionym meteorytem (nie zdarzyło się nam). Rzut na takiej zasadzie oznacza, że honoru nie traci się prawie w ogóle (statystyka mówi o tym, że tylko 1/12 rzutów nam to zapewni), ale jak zaczniemy go tracić to pojawi się efekt kuli śnieżnej. Strasznie kiepsko. I tak też wyszło na sesji – pomimo mnóstwa rzutów obaj z E$em straciliśmy po jednym punkcie honoru.

Na szczęście pozostałe głupie zasady gry błyskawicznie i instynktownie zdryfowaliśmy, co zapewniło nam dobrą zabawę w stylu w jakim powinien być grany Ninja Burger. Zgodziliśmy się przykładowo, że Pacyfik nie jest ninją (i jest gaijinem), więc mogliśmy go automatycznie zabić jednym ciosem, całe ‘zewnątrz’ zgodnie z zasadami było jednym pomieszczeniem, więc nasze ninja bomby z wydmuszek działały na cały świat. E$ w genialny sposób naprawił karty postaci, tworząc majstersztyk, załatwił również możliwości prezentowania akcji. Dorzucaliśmy swoje elementy do sesji w umiarkowanym stopniu (głównie w postaci przeciwników oraz efektów) i poprawiliśmy magię, na taką która była bardziej epicka i dawała więcej możliwości. Ustandaryzowaliśmy upływ czasu na sesji (to ważne dla systemu, gdzie czas się liczy), choć nie było to tak dobre jak real-time z “24″ to i tak ładnie się sprawdziło. Zmodyfikowaliśmy również zasady walki, rezygnując z siatki i przechodząc na opisowe przedstawianie sytuacji. To i parę innych zmian dało fascynujące rezultaty na sesji, zapewniając nam dynamiczną akcję. I co ważniejsze, dostawę ninja burgerów z NY do Somalii w ciągu 2 minut i 46 sekund. Plus oczywiście śmierć całej ekipy ninja w trakcie wykonywania misji. Plus haiku.

My bawiliśmy się dobrze, w dużej mierze dzięki naszemu erpegowemu doświadczeniu. Autorzy Ninja Burgera powinni popełnić seppuku za wydanie niedopracowanego, koślawego systemu, gdzie mechanika i ich brak wyobraźni potrafi zabić dobry pomysł (czyli jednym słowem klasycznego indie). Chyba że poprawili to w drugiej edycji, wtedy mogą napisać haiku żeby dostać kolejną postać po seppuku. 

nunczak

nunchaku E$a i karty postaci. Lans.

Nasze burgery. Dwóch dzielnych ninja siedziało spokojnie w lokalu na ostatnim piętrze Empie State Building. Nie posiedzieli jednak długo, bo nadeszło zamówienie. Na porwany przez piratów tankowiec. Gdzies u wybrzeży Somalii. Jak już zostało napisane, Ninja burger w naszym wykonaniu mocno zdryfował, głównie w stronę “epic”. Skok z wieżowca nie był więc problemem. Wybicie się z eksplodującej taksówki i dogonienie samolotu w powietrzu również. To wszystko udając pocisk balistyczny. Dostaliśmy totalnej głupawki i bawiliśmy się jak dzieci. Chłopaki zabili prezydenta USA, zabili Air Force One i zabili Ocean Atlantydzki. Który jak ustaliliśmy stał się Oceanem Martwym. Pokonując po drodze (w tym w czasie spadania z samolotu) wrogich agentów dotarli do taksówki i przekonali ją, że ocean jest tak słony, że  jeśli będzie jechać wystarczająco szybko to nie zatonie. Dostarczyli bułki z kotletami, przypłacając to życiem. A głupawka była tak silna, że E$ nawet zmontował rekwizyt – nunchaku z kartonowych tub i kawałka sznurka.

A może frytki do tego? Ninja burger jest głupi, niedopracowany i przy odpowiednim podejściu – niesamowicie śmieszny. To taka jednorazowa zabawa. Typowo fun-rpg. I co? Ja bawiłem się świetnie. 


Działania

Informacja

2 odpowiedzi

5 01 2009
bekon

Takie recki to ja rozumiem. Giga +1 i bagno-utopka.

11 01 2009
Alchem

Na książkach sie nie znacie :P ale recka super :) a opis sesji jeszcze lepszy zabicie oceanu atlantyckiego mnie rozwalilo :D

Dodaj komentarz